Tajlandia- Most na rzece Kwai

Jak to bywa podczas podróży, duży wpływ na jej trasę ma przypadek, bądź splot bardzo różnych okoliczności. Czasami pozwala nam odkryć prawdziwe podróżnicze perełki, a czasami niestety grzebie nasze plany w gruzach. Tym razem los podróżnika się do nas uśmiechnął i dzięki temu uśmiechowi mogliśmy zwiedzić jedno z legendarnych miejsc historyczno-filmowych, mianowicie Most na rzece Kwai. Z wyspy Koch Samui udaliśmy się powrotem do Bangkoku by wejść w posiadanie wizy uprawniającej nas do odwiedzenia Wietnamu. Tu splot okoliczności zadziałał po raz pierwszy gdyż ambasada Wietnamu nie była czynna z powodu wietnamskiego nowego roku (święto Tet). Jako, że nasza wyprawa uodporniła nas już w wystarczającym stopniu na tego typu rozczarowania, wzruszyliśmy ramionami i pojechaliśmy na rowerach do hotelu. Jako, że był to piątek a ambasada miała już działać regularnie od poniedziałku mieliśmy ponad 2 dni wolnego. Po krótkiej ale owocnej burzy mózgów zadecydowaliśmy umilić sobie czas oczekiwania w północnej części Tajlandi w okolicach Parku Narodowego Erawan. Pociąg ruszał dosyć wcześniej (około szóstej rano) i jechał do wodospadu Nam Tok (ładny chodź niezbyt duży i gwarny, od tak 20 minut żeby pochodzić w koło)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

a na naszej trasie znajdował się również wymieniony wyżej most. Sam zakup biletów wprawił nas w lekką konsternację, gdyż możliwy do kupienia był tylko bilet w dwie strony z datą powrotną tego samego dnia. Machnęliśmy ręką i dokonaliśmy zakupu (cena za jedną osobę to 230 b plus 90 b za rower). Gdy po krótkiej kłótni (konduktorzy nie chcieli zabrać rowerów) zasiedliśmy w pociągu z naszymi jednośladami ustawionymi w wagonowej umywalni dowiedzieliśmy się, że jedziemy bardzo specjalnym pociągiem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pociąg ten jeździ tylko w weekendy i jest pociągiem turystycznym, zatrzymuje się on na kilku stacjach gdzie jest czas przeznaczony na zwiedzanie lokalnych atrakcji turystycznych i rusza w dalszą drogę. Jednym z punktów zwiedzania był Most na rzece Kwai, uradowało nas to bardzo gdyż byliśmy przygotowani tylko na przejazd bez oglądania go z perspektywy innej niż okno pociągu. . Dodatkowym faktem, świadczącym o  turystycznym charakterze pociągu, był konduktor, który wcielał się w rolę przewodnika (niestety tylko w języku Tajów).  Przez megafon, opowiadał co widzimy za oknem oraz sądząc po salwach śmiechu autochtonów opowiadał wiele żartów i anegdotek.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W wagonie trzeciej klasy (tylko takie posiadał pociąg turystyczny), bez przedziałów i z drewnianymi ławkami, można było przenieść się w czasie do lat minionych.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pojawiające się za oknami krajobrazy (pola ryżowe i dżungla) oraz drewniany wagon działały jak wehikuł czasu .

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Patrzyliśmy w okno jak zaczarowani oddając się temu nastrojowi w pełni.
Pierwszym przystankiem na trasie turystycznej była świątynia, na której zwiedzanie było przeznaczone około trzydzieści minut. Odpuściliśmy sobie wejście do środka z powodu dzikich tłumów na zewnątrz, czekających na wejście i postanowiliśmy zjeść śniadanie i napić się kawy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Uliczna oferta gastronomiczna do, której bogactwa przyzwyczaiła nas już Tajlandia, spełniła nasze oczekiwania. Zjedliśmy na dworcowym peronie sałatkę i sajgonki oraz wypiliśmy kawę, obserwując jak turyści wracają do pociągu. Gdy ruszyliśmy jeszcze uważniej wyglądaliśmy za okno bo następnym przystankiem miał być już most. Jadąc starałem sobie przypomnieć znane mi fakty na temat tragicznej budowy mostu. Most na rzece Kwai (znajdujący się w mieście Kanchanaburi) był tylko częścią tak zwanej „kolei śmierci”, trasy kolejowej ciągnącej się przez ponad czterysta kilometrów (łączącej Tajlandię z Birmą). Gdy na początku lat czterdziestych teren zajęły wojska japońskie, japońscy stratedzy postanowili wykorzystać jeńców wojennych do budowy tej strategicznej dla nich linii kolejowej. Więźniowie w których skład wchodzili: Amerykanie, Australijczycy, Holendrzy i Anglicy w nieludzkich warunkach zaczęli budowę mostu i linii kolejowej. O przerażających i wstrząsających realiach obozów pracy przymusowej nie będę się rozpisywał, gdyż znamy je z własnej historii. Dodatkowym elementem przysparzającym cierpień i powodującym śmierć był bardzo trudny klimat i ukształtowanie terenu. Do budowy trasy w dżungli nie używano żadnych maszyn, jedynymi „maszynami” były słonie. Nadludzka praca w skrajnie niekorzystnych warunkach, brutalność Japończyków oraz głodowe racja spowodowały, że śmierć zebrała ogromne żniwo. Wracając do historii mostu, gdy był już ukończony, alianckie samolotu zbombardowały go. Efekt pracy tysięcy jeńców-niewolników został zniszczony. Te tragiczne momenty bardzo dobrze opisuje film, który na pewno każdy zna i oglądał nie raz. Po wojnie ruiny mostu odbudowano a w Kanchanaburi powstało muzeum oraz cmentarz.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

„Kolej śmierci” została udostępniona turystą i dzięki temu faktowi mogliśmy ją pokonać pociągiem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Sam most przypomina dziś wielki bazar, gdzie sprzedawane są pamiątki związane z jego historią a liczba zwiedzających jest ogromna.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Rzesze turystów z całego świata przyjeżdżają by zobaczyć ten pomnik niewolniczej pracy, zatracając gdzieś chyba powagę tego miejsca.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Jedynym miejscem, które poświęcone jest pamięci ofiar, jest amerykańska tablica pamiątkowa.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Gdy pociąg ruszył, mogliśmy wreszcie opuścić tą ciżbę ludzi. Wpatrywaliśmy się w okno, za którym rozciągały się rajskie widoki i zastanawialiśmy się nad tym co się tu wydarzyło w latach czterdziestych ubiegłego stulecia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Cóż za złośliwy chichot losu, w tak rajskiej scenerii, ludzie drugim ludziom zgotowali takie piekło.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

No Comments Yet.

Leave a comment