Las Grutas – turystyczny raj dla argentyńskich turystów

Przy wyjeździe z Puerto Madryn strategia była jedna – jedziemy aż padniemy a później łapiemy stopa. I tak też było. Przejechaliśmy z 80 km przy niezłym wietrze spychającym na pobocze i tirach pędzących jak po autostradzie. A później w sumie dość bezboleśnie złapaliśmy stopa. Kierowca tira powiedział, że jedzie do San Antonio, więc byliśmy w siódmym niebie, bo przedostalibyśmy się niezły kawałek na północ. Ale jakieś 45 km od miasta powiedział, że jest zmęczony, zjechał na pobocze i musieliśmy wyjść. Wygrzebaliśmy więc rowery, zapakowaliśmy torby i w drogę. Tylko, że tym razem już nie było pobocza, a tirów coraz więcej. Dlatego próbowaliśmy dalej coś złapać. Zatrzymał się pick up. I wsiadając do auta do końca nie wiedziałam gdzie nas zawiezie. Kierowca mówił, że jedzie do „Rutas” ( ruta po hiszp. droga) więc ja do niego – jaką drogą jedzie, dokąd, do jakiej miejscowości, a on nadal, że rutas rutas. Nic to, zobaczymy jak dojedziemy. No i wysadził nas w małym mieście – Las Grutas. I dopiero wtedy było wiadomo o co mu chodzi. A miasto jak polskie Pobierowo – królestwo turystów, lodziarni, restauracji. Szukanie pola namiotowego zajęło nam ponad 2 godziny, bo ceny były kosmiczne. Wyszło na to, że za nocleg na polu zapłacimy więcej niż za hostel w Puerto Madryn. Ale już przy wyjeździe z miasta znaleźliśmy camping gdzie właściciel nie kazał nam płacić za namiot, tylko za noc. Zazwyczaj oprócz taryfy za osobę ( tutaj 50-60 peso, trzeba jeszcze zapłacić za „namiot” 60 peso, który może stać przez tydzień).

 

Brak komentarzy.

Napisz komentarz