Herbata w Lenkeranie

Plantacje herbaty pojawiły się w Azerbejdżanie  około roku 1880 w najbardziej nadającym się do tego regionie czyli południu Azerbejdżanu tuż przy granicy z Iranem (miasto Lenkeran i okolice). Pierwsza wzmianka w prasie o plantacjach herbaty w tych regionach pochodzi z 1912 roku, gdzie w czasopiśmie Russkiye subtropiki  autor M.O.Novoselov, potwierdza, że eksperyment uprawy herbaty w tym regionie powiódł się nadzwyczaj dobrze.  Według badań Azerbejdżan jest na pierwszym miejscu wśród producentów herbaty  pod względem jej konsumpcji, przeciętny mieszkaniec zużywa jej co roku około 2,5 kilograma (dla porównania przeciętny polak spożywa co roku około jednego kilograma). Nic wiec dziwnego, że sposób mówić o Azerbejdżanie ani zrozumieć tego kraju pomijając tak podstawową kwestię jaką jest herbata.

Picie herbaty podniesione jest do rangi sacrum. Istnieje wiele porzekadeł dotyczących tego prawie świętego napoju, jedno z najbardziej popularnych to „Kiedy pijesz herbatę, nie liczysz szklanek” (Çay nədir, say nədir).  Powiedzenie to oddaje również bardzo rodzinny  tryb życia mieszkańców Azerbejdżanu. Od rana do wieczora spędzają oni czas wraz z przyjaciółmi w herbaciarniach zwanych "chaykhana/çayxana" .Przybytek ten zarezerwowany jest jednak tylko dla mężczyzn. Przy szklaneczce herbaty dyskutuje się o nurtujących problemach, gra w gry planszowe a także snuje plany na przyszłość. Pełnią role swoistych kółek dyskusyjnych, gdzie nie liczy się czas ale możliwość porozmawiania i spędzenia chwil razem. Ile razy na swej drodze spotykaliśmy małe miejscowości, które sprawiały wrażenie niemal wymarłych (co jest dosyć łatwe zważając na grube mury, które oddzielają domostwa od ulicy), ale w centralnym punkcie wioski, który stanowiła herbaciarnia, życie towarzyskie kwitło w najlepsze. Tam też najlepiej zasięgnąć informacji i możemy być pewni, ze zawsze znajdzie się tam ktoś kto będzie w stanie nam pomóc. Po dłuższej rozmowie jesteśmy już „swojakami” i pojawia się propozycja noclegu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nietypowa azerska herbaciarnia, podesty usytuowane są na gorących źródłach (miejscowość Masali)

Herbata obecna jest na wszystkich uroczystościach rodzinnych od narodzin aż do pogrzebu. Jeżeli ktoś wybierał by się do Azerbejdżanu w celach matrymonialnych to na pewno przyda mu się znajomość ceremonii akceptacji zaślubin. Zwyczaj ten przypomina staropolską czarną polewkę, której podanie oznaczało definitywny kres marzeń o małżeństwie dla młodzieńca i dawano jasno do zrozumienia by poszukał sobie innego obiektu westchnień. W Azerbejdżanie rolę czarnej polewki pełni herbata bez cukru. Rodzice przyszłej panny młodej spotykają się z rodzina przyszłego pana młodego by pozmawiać o ślubie.  Gdy na sam koniec pertraktacji podana zostanie osłodzona herbata oznacza to, ze jest zgoda na małżeństwo i pertraktacje zakończyły się sukcesem (cukier jest tu symbolem zgody). Podanie gorzkiej herbaty świadczy zaś o tym, ze ślub do skutku dojść nie może.

Herbatę do picia można kupić wszędzie i wszędzie możemy być ją poczęstowani. Podczas wizyty w sklepie lub biurze podróży, gdzie wstąpiliśmy by zapytać o drogę, od razu zostaliśmy podjęci herbatą. Jeżeli zaś chodzi o kupno liści herbaty to najlepszą ku temu miejsce to Lenkeran. Na lokalnym bazarze kupić można wszystko (poprzez żywe zwierzęta, domowe pikle po słodycze z Polski). Bazar ten przypomina wielkie bazary bliskiego wschodu, wielkiego kolorytu dodają stragany z wielobarwnymi orientalnymi przyprawami. Tam też dostać możemy lokalnie uprawianą herbatę.

Herbata

Herbata na bazarze w Lenkeranie

Herbata z Lenkeranu ma miano najlepszej w całym Azerbejdżanie (jeden ze sprzedawców podzielił się z nami sekretem, ze lenkeranska herbata  podobno jest tak dobra , ze prezydent pija tylko ją. Sądząc po szacunku jakim dążą prezydenta lepszej reklamy, chyba nie można sobie wymarzyć).Herbatę można kupić na kilogramy z wielkich drelichowych worków. Osobiście polecamy herbatę o dłuższych liściach. Cena za jeden kilogram to około 10 złotych polskich. Jest o świetny prezent dla znajomych i rodziny. W zimie wieczory zaś szklanka czaju z Lenkeranu przypomni słoneczne dni i podtrzyma na duchu by dotrwać do wiosny (sprawdziliśmy to na własnej skórze).Herbaty tej nie przyrządza się woda ugotowaną w czajniku, lecz w samowarze (jeżeli ktoś samowara nie posiada musi dokonać profanacji i posłużyć się czajnikiem). Skoro jesteśmy przy samowarach. Jak twierdzi się powszechnie, samowar przywędrował z na teren Azerbejdżanu z Rosji i od tego czasu stał się nieodłącznym elementem ceremoniału parzenia herbaty. Inna tezę na pochodzenie samowarów mają niektórzy azerscy uczeni. Niedawno w miejscowości Szeki odkopane zostało gliniane naczynie w kształcie samowara..liczące 3600 lat! Obecnie  rozpalone samowary spotkać możemy wystawiony przed wieloma sklepami i restauracjami do użytku publicznego. W Azerbejdżanie inna droga przyrządzania herbaty nie istnieje. To jak bardzo Azerowie przywiązani są do samowarów świadczy chociażby największy w Azerbejdżanie pomnik samowara w mieście Lenkeran oraz dom w kształcie samowara w mieście Naftalan.

Samowar

Pomnik samowara w Lenkeranie

Pierwszą rzeczą jaką będziemy poczęstowani będąc gościem w Azerbejdżańskim domu będzie herbata z samowara. Podana zostanie nawet jak pojawiliśmy się tylko na przysłowiowe 3 sekundy i zamienić tylko kilka słów. Pija się ją jak w krajach bliskiego wschodu w małych  szklaneczkach o cienkim szkle. Szklanka taka nosi nazwę „Armudu” (co w wolnym tłumaczeniu oznacza szklankę o kształcie gruszki’). Stare porzekadło głosi, że kształt tej szklanki reprezentuje idealny kształt 18 letniej azerskiej dziewczyny. Kształt t szklanki  ma swoje praktyczne zalety . Jest bardzo poręczny i zapobiega wyślizgnięciu się z rąk pijącego. Łatwiej jest także utrzymać szklankę zaraz po nalaniu gorącej herbaty, wystarczy złapać  ją za górną krawędź która cały czas pozostaje chłodna.  Kształt gruszki powoduje nierównomierne studzenie się herbaty. Górna warstwa schładza się szybciej i nadaje się do picia, podczas gdy dolna jest cały czas gorąca. Pozwala to na bardzo długie rozkoszowanie się napojem, którego nie zmąci nam myśl o tym, ze musimy się śpieszyć z piciem by herbata była dalej gorąca. Przeciętna waga Armudu to 100 gram i nie jest to pojemność herbacianych kubków znanych w Polsce. Herbaty nie nalewa się po sam brzeg, zostawia się około 2 cm miejsca. Przestrzeń ta po azersku zwana dodag yeri (miejsce na usta), pozwala na komfortowe picie. To jak bardzo Azerowie przywiązani są do podawania herbaty zaobserwowaliśmy podczas jednej z podróży autostopem z Gubusatnu. Na tylnym siedzeniu mercedesa nasz kierowca miał paterę na której stał termos z gorąca herbatą, gruszkowata czarka oraz cukiernica z kostkami cukru. Całość zajmowała jedno siedzenie dla pasażera. Oczywiście pierwsze co po usadowieniu się w aucie, zostaliśmy przez naszego kierowcę poproszeniu o poczęstowanie się napojem z termosu. Przy prędkości około 120km/h nalewanie było mało komfortowe, ale po kilku próbach, mogliśmy się cieszyć pijąc wyborna herbatę.

Jeżeli chodzi o dodatki to herbata podawana jest często z cytryną. Herbat smakowych Azerowie nie uznają. W Górach Kaukazu spotkaliśmy się z dodawaniem do herbaty zebranych w okolicy ziół. Herbaty nie słodzi się bezpośrednio w szklance. Zwyczaj ten utrzymywany jest od czasów głębokiego średniowiecza i dotyczył zabezpieczenia się przed podaniem trucizny przez nieprzyjaciół. Wierzono, że spożycie cukru neutralizuje truciznę. Do szklanki herbaty podawane są zawsze kostki cukru bądź też cukierki (z reguły podawane są obie słodkości).  Kostek i cukierków do herbaty spożywa się dużo. Bardzo często byliśmy świadkami jak jedna kostka cukru starczał na jeden łyk herbaty.

Jedną z najciekawszych przygód z herbatą w tle, która dostarczyła też nam troszkę adrenaliny, mieliśmy w pierwszych dniach swojej podróży. Było to na północy Azerbejdżanu, niedaleko miejscowości Laza. Chcieliśmy dotrzeć do położonego w górach wodospadu. Dosyć krętą i malowniczą drogą, która biegła wzdłuż strumienia. Najpierw stopem, później taksówką dotarliśmy do wioski u podnóża gór. Po wypakowaniu plecaków z bagażnika białej łady postanowiliśmy dowiedzieć się czy górskie wodospady tu naprawdę są i jak do nich dotrzeć. Byliśmy już od kilku dni w Azerbejdżanie więc wiedzieliśmy, że trzeba na wszystko brać poprawki i „przepytać” jak największą liczbę osób, by wyciągnąć arytmetyczną średnią i do niej ułożyć plan dalszego działania.  Tak jak się spodziewaliśmy zdania były podzielone, co do odległości, wielkości i trudności dostępu do wodospadów. Wszyscy zgadzali się natomiast co do kierunku, w którym mieliśmy podążać. Pokazywali, że droga wiedzie na górę dosyć stromego wąwozu, a później po jeszcze bardziej stromym grzbiecie gęsto porośniętym drzewami. Poprawiliśmy plecaki i świadomi trudnej drogi ruszyliśmy przez wioskę. Wioska położona była trasowo, poprzecinana małymi uliczkami i bujnie rosnącymi krzakami oraz drzewami owocowymi. Upał był dosyć duży a cień od drzew dawał chwilowe ukojenie od wysokiej temperatury.

Pośród tych drzew znajduje się strażnica wojsk pogranicza.

W centralnym punkcie z kamiennego muru i zardzewiałej rury można było zaczerpnąć wody. To zadziwiające jak człowiek przestawia się podczas podróży pod względem priorytetów. Miejsce, w którym się znajdujemy ocenia się  najpierw pod względem przydatności do biwakowania i pod tym względem miejsce to się analizuje. Dopiero później dochodzą walory estetyczne. Tak więc jest woda, jest dobrze, 5 litrowa plastikowa butla, służąca nam do mycia się może zostać napełniona. Odruchowo rozejrzałem się po okolicy gdzie w bezpiecznym miejscu można by rozbić namiot. Znalazłem kilka dogodnych miejsc, oddalonych od siedzib ludzkich. Zapewnia to większe bezpieczeństwo i daje chwilę wytchnienia od ciekowości autochtonów. Skoro mieliśmy już przygotowany plan awaryjny ruszyliśmy z lżejszym sercem dalej. Wioskę Laza oddaloną od miasta Gabala (Qəbələ) jakieś 10 kilometrów, przeszliśmy w miarę szybko i także szybko wspięliśmy się po stromym zboczu wąwozu. Na jego górę prowadziła tylko jedna mała ścieżka. Kierowaliśmy się w stronę, którą pokazywali nam mieszkańcy wioski, jak nie trudno zgadnąć, ścieżka szybko się skończyła i stanęliśmy przed dylematem jak iść dalej. Z prawej strony zbocze schodziło w stromą przepaść z płynącą na dnie rzeką, po lewej zaś mieliśmy dziewiczy las. Wybór był oczywisty. Z łezką w oku wspominaliśmy oznaczenie szlaków w standardzie europejskim. Niestety nigdzie podczas całej wyprawy nie spotkaliśmy się z oznaczeniem jakiegokolwiek szlaku. Polegaliśmy jedynie na informacjach zaczerpniętych od mieszkańców, niestety pomimo ich najszerszych chęci informacje te były bardzo mało precyzyjne. Niedogodność ta prawie uniemożliwia zobaczenie czegokolwiek ciekawego poza głównymi szlakami komunikacyjnymi. Trzeba mieć dużo szczęścia lub dużo czasu by wytropić jakąś perełkę. Z drugiej jednak strony pozwala to na odkrycia, z których będziemy bardzo dumni. Niestety w tym akurat przypadku, nie udało nam się dotrzeć do wodospadu. Pomny swej nieciekawej przygody w Gruzji, kiedy to eksplorując park Borjomi przez dwa dni zagubieni w leśnych ostępach schodziliśmy z gór, bez wody i gdzie sytuacja robiła się naprawdę groźna, postanowiliśmy zawrócić. Przedzierając się przez krzaki powoli schodziliśmy ku wiosce. Podziwialiśmy nieprzebytą głusze i czuliśmy się jakbyśmy byli pierwszymi ludźmi, których bujna i dzika przyroda przepuszcza przez ten teren. Zwaliste obrośnięte mchem drzewa co chwile tarasowały nam drogę i wymagały nie lada umiejętności wspinaczkowo - akrobatycznych (z plecakami) by je ominąć. Szczególnie uciążliwym jednak, oprócz dusznego upału była nieznana nam dotychczas odmiana ostu. Oset ten posiadał małe kuleczki, które przylepiały się dosłownie wszędzie, a szczególnie upodobały sobie włosy. Kleiły się tak bardzo, że wyszarpywanie ich sprawiło dużo bólu. Do dziś odnajduję w zakamarkach plecaka poprzyczepiane małe kuleczki, które budzą we mnie mieszane wspomnienia.

Po długiej wędrówce dotarliśmy do wąwozu i mieliśmy jak na dłoni malowniczą wioseczkę, z której wyruszyliśmy. Przeszliśmy kilka razy wzdłuż krawędzi wąwozu, ale nijak nie mogliśmy znaleźć ścieżki, z której tu weszliśmy. Widząc nasze poszukiwania na obrzeżach wioski zgromadził się tłumek mieszkańców i próbował nam wskazać drogę. W końcu jako przewodników wysłano do nas dwóch chłopców, którzy wspięli się do nas i zeszli razem z nami do wioski. Kiedy myśleliśmy, że to koniec przygody, płynnie przeszliśmy do początku następnej. Gdy dziękowaliśmy za pomoc zza naszych pleców wybiegł zasapany młody żołnierz. Pot lał się z niego ciurkiem, z ledwością mógł  złapać dech. Kiedy już znalazł się przy nas uklęknął ze zmęczenia i zaczął głęboko oddychać. Gdy już złapał oddech okazało się, że biegnie już za nami od dłuższego czasu. Z powodu wizyty prezydenta Azerbejdżanu w okolicznej miejscowości cały teren dookoła był zamknięty (w tym góry) i nikt nie ma prawa poruszać się poza drogami. Żołnierz poprawił mundur i oświadczył, że wobec takiego przebiegu sprawy i naszej, jak się okazało, nielegalnej wycieczki, musimy iść za nim do strażnicy wojsk pogranicza i zobaczymy co dalej z nami będzie. Żołnierzyk miło, ale stanowczo nakazał nam iść za sobą. Przebyliśmy przez znaną już nam wioskę i udaliśmy się do budynku w jej górnej części. Zza zakrętu wyłoniła się nam strażnica wojsk pogranicza. Otoczona drzewami jak wszystkie domostwa, odróżniała się wysokim murem i masywną metalową bramą. Zza płotu można było dostrzec kwadratowy budynek koszar i dachy garaży. Brama została otwarta i weszliśmy we trójkę do środka. Na schodach przed budynkiem koszar obserwowało nas dwóch żołnierzy już uzbrojonych z kałasznikowami na plecach. Reszta wojskowych przebywała na placu przed budynkiem. W rogu strażnicy, w cieniu drzewka owocowego stała ławka szkolna, a na krześle za jej pulpitem siedział wąsaty mężczyzna, starszy od otaczających nasz żołnierzy. Po mundurze można było się zorientować, ze to on dowodzi i w jednostce i to od niego zależało będzie co dalej z nami się stanie. W załodze garnizonu nastąpiło wyraźne ożywienie, przeszliśmy przez szpaler obserwujących nas żołnierzy i stanęliśmy przed obliczem lokalnej władzy wojskowej. Zapanowała chwila ciszy, dowódca obserwował nas bacznie. Po chwili niezręcznego milczenia, dowódca odwróci się do jednego z młodych żołnierzy i wydał polecenie:

- No czemu tak stoisz, przynieś herbatę i cukierki! A wy tu- zwrócił się do nas już łagodniejszym tonem- siadajcie przy stoliku.

Herbata została podana w mgnieniu oka i zaczęliśmy rozmawiać. Nie ukrywam, że pierwszy łyk herbaty wypity był z wielką ulgą. Dowódca okazał się bardzo miłym i łagodnym człowiekiem, chodź musiał trzymać fason przy swoich podopiecznych. Fachowym okiem przejrzał nasze dokumenty. Wolno kartkował strony naszych paszportów, sprawdzając po pieczątkach jakie kraje już odwiedziliśmy. My tymczasem czekaliśmy na pozytywną weryfikacje i popijaliśmy herbatę. Jeszcze raz potwierdziła się teza, ze na upały nie ma lepszego napoju niż azerski czaj. Rozejrzeliśmy się dookoła. Część  żołnierzy miała ze sobą zeszyty i długopisy, a na stole obok dowódcy spoczywała teczka z odręcznie napisanymi pracami. Wyglądało na to, ze znaleźliśmy się podczas zajęć dydaktycznych i kartkówki. Nasze pojawienie się i chwilo zamieszanie, które spowodowało, ze dowódca zajął się naszymi paszportami a nie sprawdzaniem kartkówek, pragnął wykorzystać jeden z żołnierzy. Aż skręcało go by zajrzeć do teczki z pracami, wywnioskowaliśmy że nie poszło mu zbyt dobrze i musi ratować się kombinowaniem. Lekko przybliżył się do stolika i z miną niewiniątka zbliżał rękę do teczki. Dowódca nie przerywając studiowania naszych paszportów uderzył głośno ręką w kant teczki, zniechęcając żołnierza do dalszych zuchwałych czynów. Tymczasem doniesiono nam dodatkową porcję herbaty a i dowódca skończył papierkową robotę z naszymi paszportami i wizami i stał się bardziej rozmowny. Pytał o dalszy cel naszej podróży i kiwał z uznaniem głowa gdy wymienialiśmy wszystkie ważniejsze zabytki Azerbejdżanu, które mamy  w planie zwiedzić. Okazało się, że dowódca pochodzi z południowej części państwa blisko granicy z Iranem. Widać było, ze nasze pojawienie się  było przerwaniem monotonii codziennej służby. Okazał się bardzo rozmownym i ciekawym świata człowiekiem, co chwilę sprawdzał czy mamy jeszcze herbatę i zachęcał do jedzenia cukierków. Dopiliśmy którąś już z kolei czarkę napoju i podziękowaliśmy za gościnę oraz pozytywne nastawienie do nas w sprawie zakazu podróżowania po górach. Machając ręką do żołnierzy udaliśmy się na drogę by znaleźć jakieś miejsce na nocleg i odpocząć od jakże wielu emocji tego dnia. Herbata w wojskowym otoczeniu była wyborna, szczególnie dlatego, ze nie było to nasza ostania herbata przed przymusowym aresztem.

Będąc w Azerbejdżanie warto przystanąć na chwilkę i posiedzieć sobie przy szklaneczce herbaty. Rozkoszując się jej smakiem, rozejrzeć się dookoła i zagłębić się w herbacianej harmonii, która przetrwała w Azerbejdżanie od wielu wieków.

Zobacz więcej zdjęć w galerii »

No Comments Yet.

Leave a comment