Gruzja cz. 2

Kolejnym celem naszej podróży był rejon Tuszetii gdzie znaleźliśmy w internecie niebywały spływ kajakowy.

Podróż w to miejsce oczywiście musiała zacząć się z Tbilisi, bo to jedyny łącznik w kraju z którego można dostać się wszędzie. Jechaliśmy znów marszrutką do Telavi. Potem przesiadka i przejazd w kierunku Omalo. Wioska, w której rzekomo miał być organizowany spływ to Pankisi, ale mało kto nas chciał tam zawieźć. Oddelegowany został taksówkarz, którego palce były obcięte w połowie i ogólnie wyglądał jakby wrócił z pola bitwy. Jednak nie można oceniać ludzi po wyglądzie. Wysiadził nas na środku wioski. Po kilku sekundach z domu wyszli mężczyźni z długimi brodami, w turbanach. Dzieci najpierw się wystraszyły potem zaczęły za nami iść. Przeszliśmy tam w sumie może ze 100 metrów i postanowiliśmy wracać, hmm tylko jak. Nagle pojawił się samochód, nie wiadomo skąd – ale całe szczęście, że był.

Zawiózł nas z powrotem do Telavi gdzie „napadł” nas taksówkarz i zaproponował nocleg w swoim domu. I w sumie spadł nam z nieba, bo byliśmy wystraszeni i nie mieliśmy planu B, no bo przecież spływ kajakiem miał być w pięknej krainie mlekiem i miodem płynącej.

U taksówkarza było bardzo przyjemnie. Spróbowaliśmy po raz pierwszy Chinkali z nadzieniem jak nasze pierogi ruskie, pyyyszne.hinkali

Taksówkarz mieszkał z matką i ojcem, żoną i 4 dzieci. Najstarsza córka miała ok 15 lat, syn młodszy ok. 7 i dwie małe córeczki bliźniaczki ok 4 lat. Prześliczne i kochane od razu nas polubiły, a gospodarz wystawił na stół jadło i trunki i zaczęła się biesiada.

301256_10151132802559228_1815990066_n

399167_10151132834454228_23096256_n

Po kilku godzinach ciężko było się od niego uwolnić i już wtedy planowaliśmy jak rano powiedzieć mu, żeby nas zawiózł tylko na stację, a nie w te wszystkie miejsca gdzie chciał – z betonową plażą i pokojami z TV.

Udało się, niezbyt był z tego zadowolony, ale spełnił naszą prośbę. Tym sposobem rano, na stacji obok bazarku zaczęliśmy się zastanawiać co teraz. Palcem po mapie dojechaliśmy do Lagodekhi – tylko że autobus pojechał bez nas kilka minut wcześniej. Podeszliśmy do marszrutki pytając o to miejsce a kierowca kazał nam się zapakować i ruszył. I znów kolejny Gruzin – mistrz kierownicy wymijał przechodniów, skręcał, wyprzedzał i dzwonił jednocześnie i po kilku minutach zatrzymał się przed busem. Tak, dogonił marszrutkę do Lagodekhi, na którą się spóźniliśmy. Uffff jedziemy.

Siedliśmy spokojnie i uslyszeliśmy, że za nami siedzi para Polaków. No i tak właśnie poznaliśmy Weronikę i Marka, małżeństwo z Tarnowa, którzy zmierzali właśnie w tym samym kierunku. Podróż minęła szybko i bardzo zabawnie więc postanowiliśmy razem pójść nad wodospad. Spacer niczym w dżungli był bardzo przyjemny więc gdyby ktoś się zastanawiał czy warto tam jechać to zdecydowanie TAK, spokój mało ludzi piękna przyroda i ścieżka wzdłuż rzeki.523107_10151132802684228_2109656338_n

293377_10151132805499228_1407112389_n

Kiedy wróciliśmy podszedł do nas Gruzin, który po kilku minutach poprosił, abyśmy poszli razem z nim. No to co – idziemy. Idziemy przez gąszcz, przedzieramy się między drzewami i nagle widzimy stół, przy nim dwóch Gruzinów wątpliwej trzeźwości, jedzenie i oczywiście wino. Zaprosili nas do wspólnego biesiadowania, dali kurczaka w soli i wino. I musze przyznać, że było to bardzo dobre! Na deser dostaliśmy arbuza, którego jeden z Gruzinów przyniósł z krzaków. Z tych samych krzaków przyniósł później miskę na arbuza i kolejne butelki wina. Widzieliśmy co się święci i postanowiliśmy grzecznie podziękować, bo nie chcieliśmy następnego dnia leczyć kaca do wieczora.

W zamian za to zrobiliśmy sobie ognisko przed namiotem. Pieczona kiełbasa w środku lasu to rarytas.???????????????????????????????

I tu nasze drogi z nowo poznaną parą miały się rozejść.

Jednak następnego dnia po powrocie do Telavi uciekł nam bus do Tbilisi, więc mało myśląc postanowiliśmy zadzwonić do naszych nowych przyjaciół z dżungli. Myśleliśmy, że uda się załatwić nocleg u tego samego pana gospodarza jednak nie miał on już wolnych pokoi. Marek i Weronika wspaniałomyślnie zaproponowali, że oddadzą nam jedno łóżko w swoim pokoju. I tym sposobem zrobiliśmy sobie kolejną wieczorną ucztę, tym razem specjałami były gruziński chleb, sery i warzywa. Iście królewskie danie w tej części świata, a smak niezapomniany do dziś.

Dzięki naszym nowym znajomym potwierdziliśmy nasz dalszy plan działania – Wardzia i morze.

Zobacz więcej zdjęć w galerii »

No Comments Yet.

Leave a comment