Chiny- wyprawa na Zhonghe

Razem z Michalem, u którego nocowaliśmy w Kumingu, postanowiliśmy zaznać trochę wysokogórskiej przygody i wdrapać się na najwyższy szczyt w okolicach Dali- Zhongghe (4100 metrów n.p.m). Wyprawa na górę to długa i żmudna droga wiec spotkaliśmy się lekko po ósmej rano i żeby zaopatrzyć się w cenne kalorie potrzebne do wspinaczki zjedliśmy obfite śniadanie, w postaci pierogów i zupy. Wyjście z Dali i dojście do lasu zajęło nam nie więcej niż pól godziny, po zakupieniu biletów wstępu (60 Yuanow) ruszyliśmy schodami  górę. Pierwsza cześć wycieczki prowadziła do świątyni, pomiędzy licznymi starymi grobami okolicznych mieszkańców. Po kamiennych schodach  szlo się szybko i komfortowo wiec po niedługim czasie stanęliśmy u wrót świątyni, z której rozciągał się piękny widok na dolinę.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po wypiciu coca coli, która jak zapewniał mnie Michael pochodzi z jego rodzinnej Atlanty, ruszyliśmy w dalsza drogę. Schody się skończyły i dalsza wędrówka przebiegała już po „normalnym” szlaku. Droga wiodła przez malownicze lasy, które w komfortowy sposób chroniły nas od słońca ( za którym w górnych partiach tak bardzo zatęsknimy). Warunki zmieniły się gdy weszliśmy już na pułap chmur, coraz częściej na naszej drodze pojawiał się śnieg, a widoczność wraz z temperatura bardzo zmalały.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po jakimś czasie szliśmy już tylko po śniegu bardzo stromo w gore, co obfitowało chwilowymi problemami z równowaga, lecz na szczęście obyło się bez upadku.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Solidnie zmęczeni dotarliśmy do stacji kolejki górskiej,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

pomimo szybkiego tempa marszu i niewielu postojach zegarek wskazywał godzinę trzecia po południu a na szczyt została nam co najmniej godzina drogi.  Po krótkiej chwili wytchnienia ruszyliśmy dalej chodź wypełnione ekwipunkiem plecaki zaczęły już niemiło ciążyć. Szybko pokonaliśmy schody wokół stacji kolejki i weszliśmy na stromy skalisty szlak, idąc raźno wśród mgły,  widzieliśmy coraz mniej i zaczęliśmy odczuwać zimny porywisty wiatr (wszak dochodziliśmy już do wysokości czterech tysięcy metrów).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W pewnym momencie na naszej drodze stanęła mała przełęcz, co oznaczało ze teraz będziemy szli inna strona grzbietu i to własnie był najcięższy moment naszej wędrówki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Gdy tylko wyściubiliśmy nosy na druga stronę, powitał nas iście huraganowy, mroźny wiatr, który dosłownie zwalał z nóg. Żeby tego było mało zaczął padać śnieg, w postaci małych kryształków lodu, które wbijały się w wyziębione ciało jak igły. By pokonać jak najszybciej ten odcinek grani ruszyliśmy biegiem, bez zatrzymywania się, przed siebie. Cały dystans, który mieliśmy do pokonania to około 30 minut, ale było to bardzo długie 30 minut. Byliśmy dosyć lekko ubrani a teraz podczas tak silnego wiatru nie było mowy o wyciągnięciu i nałożeniu na siebie cieplejszej odzieży. Wiatr był tak silny, ze kilka razy nas wywrócił, na szczęście śnieg zamortyzował upadek. Bez czucia w rekach i na twarzy dobiegliśmy wreszcie do wierzchołka góry i zauważyliśmy budynek anteny telewizyjnej, pierwotnie chcieliśmy się tam na chwile zatrzymać ale teraz naszym zamierzeniem było jak najszybsze dojście w dol. Znaleźliśmy małą ścieżynkę, która prowadziła poniżej budynków, wzdłuż kolejki linowej. Po 20 minutach szybkiego zbiegania, temperatura odczuwalna się podniosła a wiatr ucichł. Wreszcie był czas na ubranie cieplejszych rzeczy oraz rozmasowanie zmarzniętych kończyn, na szczęście obyło się bez odmrożeń i dalej raźno schodziliśmy w dol, by znaleźć miejsce do biwaku jak najniżej się da. Około godziny siedemnastej, na wysokości około 3500 metrów natrafiliśmy na 2 opuszczone zabudowania (chyba dla robotników którzy budowali wyciąg do anteny telewizyjnej). Budynki (jeden mieszkalny a jeden gospodarczy z toaletami były zabrudzone i w opłakanym stanie). Niemniej jednak wykorzystaliśmy je  w dwojaki sposób. Pod ściana rozbiliśmy namiot, zapewniało nam to osłonę od wiatru (tak silnego ze mógł by połamać nam stelaż, worka na śledzie który porwał niestety nie udało się odszukać)a w środku postanowiliśmy rozpalić ognisko by trochę się zagrzać i zjeść suchy prowiant.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Drewna było bardzo dużo wiec brak opalu nie stanowił dla ans żadnego problemu. Ogień rozpaliliśmy w sama porę gdyż na niebie królowała już pochmurna i wietrzna górska  noc. Rozlokowaliśmy się bardzo przyjemnie, grzejąc się przy wesoło trzaskającym ogniu. Nie przeszkadzał nam nawet dym szczelnie wypełniający male pomieszczenie. Gdy już zjedliśmy, naszedł czas na etap kulturalno- towarzyszki. Dla zdrowia i by się nie rozchorować rozpoczęliśmy butelkę pysznego rumu Kapitan Morgan, przy dźwiękach piosenek ROLLING Stones’ow, z telefonu komórkowego. Po północy gdy skończyło się drewno na opal, Mick Jager wyśpiewał już wszystkie swoje szlagiery a w butelce widać było dno, zaszyliśmy się w śpiworach i momentalnie zasnęliśmy.

Nazajutrz droga powrotna to była czysta formalność, do Dali wróciliśmy w trzy godziny. Po drodze mijaliśmy oprócz pięknych widoków,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

udekorowane groby oraz tłumy chińczyków świętujące dzień zmarłych. Rodzinne pikniki pełne były gwaru i wesołości..oraz pozostawionych ton śmieci.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

No Comments Yet.

Leave a comment