Chile Chico :)

W dzień wyjazdu z Coyhaique spotkaliśmy Turka rowerzystę, którego po raz pierwszy widzieliśmy w Puerto Montt. On już wracał, a przed nami jeszcze trochę czasu w podróży.

Planowaliśmy dostać się do Chile Chico, nie wiedzieliśmy tylko ile zajmie nam trasa. Jechało się dość przyjemnie chociaż wietrznie. OLYMPUS DIGITAL CAMERAPo drodze nie było też żadnej miejscowości, żeby kupić wodę, dlatego po 70km stwierdziliśmy, ze spróbujemy coś złapać. I udało się. Zatrzymał się kierowca, który jechał właśnie do Chile Chico, czyli właściwie do Puerto Ibáñez Skąd płynie się promem. I znów nam się udało. OLYMPUS DIGITAL CAMERARejs promem to 2 godziny, jednak dla mnie było to dość traumatyczne przeżycie. Bujało strasznie, aż nie chcę o tym pisać. Ale dopłynęliśmy na miejsce. Przy porcie taksówkarz powiedział, że może nas zaprowadzić do taniego miejsca noclegowego i tak też zrobił. Spaliśmy więc u dwóch babć, które ledwo chodziły, ale było ciepło i ciepła woda w kranie więc na jedna noc nic nam więcej nie trzeba.

Następnego dnia pojechaliśmy do Los Antiguos. Czyli przekroczyliśmy granicę. Znaleźliśmy osobę na warmshower więc mieliśmy pewny nocleg. Trasa była super, malownicza, wzdłuż jeziora, no i tylko 25km. OLYMPUS DIGITAL CAMERANa granicy bezproblemowo przejechaliśmy na stronę argentyńską. OLYMPUS DIGITAL CAMERASamo Los Antiguos też dość ładne i większe od Chile Chico. Jednak kiedy dotarliśmy do domu naszych „gospodarzy” trochę się zdziwiliśmy. Mieszkali w wielkim sadzie, mieli dwie murowane altanki. W pierwszej, z łazienką, mieszkali oni, młoda para z 3-miesięczym dzieckiem. W drugiej od kilku dni mieszkała Francuzka i był tam też drugi :pokój", który miał być dla nas. Dostaliśmy miotłę, aby sobie przygotować to murowane pomieszczenie z mini okienkiem i milionem pajęczyn  i wszystko byłoby ok, ale… Po dłuższej rozmowie z Francuzką okazało się, że ona miała tam nocować, a po jednym dniu uprzejmie ją poproszono o pomoc w przygotowywaniu dżemów ( co robiła przez całą noc, a piec był w altance, w której my też spaliśmy). Powiedzieli, że oczywiście może z nimi jeść, ale musi wszystko przygotować. Więc klimat był dość dziwny w tej zagrodzie. No nic, poszliśmy pozwiedzać miasto. Znaleźliśmy dworzec autobusowy i okazało się, że jeszcze tego dnia jedzie autobus do El Chalten, czyli tam gdzie chcieliśmy się dostać. Nie zastanawialiśmy się długo, od razu kupiliśmy bilety i poszliśmy po nasze rzeczy. Vincente – czyli chłopak, który tam mieszka był nieco zdziwiony. Na koniec powiedział nam, abyśmy przysłali do niego jakiś wolontariuszy z trasy, aby zachęcać back pakerów, żeby go odwiedzili  i pomogli w gospodarstwie. W sumie nie byłby to zły pomysł, gdyby on zapewnił tym ludziom chociaż normalne warunki do spania i łazienkę. Podsumowując… jednak nie zawsze można w 100% wierzyć w to co ludzie piszą o sobie na portalach typu warmshower itd. Na jego profilu jest informacja, że zapewnia pokój, łóżko, ciepłą wodę, łazienkę, możliwość skorzystania z kuchni. Jednak ostatecznie na miejscu okazuje się, że jest tam podłoga w altance lub miejsce na namiot. O reszcie można zapomnieć.

Ale nie ma tego złego, znaleźliśmy szybko autobus, dotarliśmy po wertepach słynnej szutrowej drogi nr 40 do El Chalten i zaczęła się nasza przygoda z górami i lodowcami. OLYMPUS DIGITAL CAMERA

No Comments Yet.

Leave a comment