Azerbejdżan- Pieczony sum nad jeziorem koło Gabali

Azerowie to naród bardzo biesiadny i lubią spędzać czas na Świerzym powietrzu, jedząc i bawiąc się. Przy drodze co i rusz można spotkać mini domki letniskowe i miejsca gdzie można zatrzymać się na piknik. Właśnie do takiego miejsca trafiliśmy na nocleg . Przybytek o którym chcę opowiedzieć położony był nad jeziorem koło miejscowości Gebele i był bardziej restauracją niż campingiem ale bez problemu pozwolono nam rozbić namiot. Rankiem gdy piekące słońce wyprosiło nas z nagrzanego namiotu zaobserwowaliśmy scenę dostawy ryb. Jakieś sto metrów od nas była mała sadzawka, do której z malej ciężarówki, kilku mężczyzn wrzucało trzepaczce płetwami ryby. Wiedzieliśmy co zjemy na obiad! Po skończonej pracy udali się do czekającej rodziny i zaczęli tańczyć. Miła i widowiskowa przerwa od pracy!

">

Przed wyjściem w okoliczne góry poprosiliśmy szefa restauracji by taką rybę nam przyrządził jak wrócimy wieczorem. Organizm osłabiony od ciągłych upałów, braku snu i wysiłku domagał się porcji witamin. Całą drogę stawał nam przed oczyma obraz wyśmienitej rybki ze małego stawu. Ale na to cudo kulinarne musieliśmy poczekać cały dzień. Wyruszyliśmy w drogę by pozwiedzać okolicę. Samo miasto Gabala, oprócz ładnie podświetlonego parku wieczorową porą, nie ma do zaoferowania większych atrakcji. Postanowiliśmy zwiedzić górską okolice i dotrzeć do wodospadu. Od razu naszą uwagę przykuł fakt, że do okola było wielu wojskowych i panowało ożywienie. Zagadkę tą wyjaśnił nam jeden z miejscowych. W Gabali odbywał się zjazd prezentantów kilku byłych republik ZSRR na którym gościł także Władimir Putin i prezydent Azerbejdżanu. Ich nocleg znajdował się nad tym samym jeziorem, nad którym nasz gospodarz miał uszykować nam pysznego suma. Przyjęliśmy do wiadomości fakt, że nocować będziemy z międzynarodowym towarzystwem oddzielonym taflą wody i poszliśmy dalej swoją drogą. Po całodziennej wędrówce dotarliśmy do wioski, w której miał znajdować się wodospad. To, że dobrze trafiliśmy potwierdzał rwący strumień wypływający z pobliskiej skarpy. Orzeźwiliśmy się przy strumieniu, gdy pojawił się azerski dziadek z dwoma nastoletnimi dziewczynami i ..siekierą w ręku. Zaciekawili się co robimy i poinformowali, że do wodospadu nie było już daleko. Hania postanowiła zostać i pomoczyć nogi ja zaś w dalsza drogę miałem udać się sam. Dziadek z siekierą zapewniał, że Hania będzie bezpieczna pod ich opieką. Szedłem brzegiem strumienia dalej, oglądając się co chwila przez ramię. Niknący już za skałami dziadek machał mi siekierą na porzyganie. Droga do wodospadu zajęła mi 20 minut. Nie było to może jakieś wybitne cudo przyrody ale miło było się ochłodzić w spienionej, spadającej, zimnej wodzie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Podczas mojej nieobecności azerski krzepki dziadek rozkazał dziewczynom zajmować się Hanią i strzec jej jak oka w głowie. Siedziały aż do czasu gdy nie wróciłem. Gdy tylko wyłoniłem się zza zakrętu pożegnały się i poszły w kierunku domostwa. Azerska gościnność znowu zdała egzamin na piątkę z plusem.

Kiedy już po obejrzeniu lokalnego wodospadu i całodniowej podróży po okolicy wróciliśmy na miejsce naszego zakwaterowania, uszykowani byliśmy na najmilszy punkt wieczoru. Usiedliśmy na widoku by pokazać szefowi restauracji, że już jesteśmy gotowi na posiłek. Mijały minuty i życie toczyło się dalej swym popołudniowym rytmem, grzecznie zgadnięty szef powiedział nam, ze mamy jeszcze poczekać. Czekaliśmy głodni z wywieszonymi językami do zmroku. Zawiedzeni i głodni postanowiliśmy udać się na spoczynek. Jakim zdziwieniem było to co znaleźliśmy za naszym namiotem. Stał tam pięknie nakryty stół wprost uginający się od smakołyków. Zmrok już całkiem zapadł i pojawił się gospodarz wraz z upragnioną przez nas rybą. Na stole podpalił świece i zabraliśmy się do jedzenia. Rybą, którą zostaliśmy podjęci okazał się sum. Smażony był w panierce w całości. Gospodarz odrywał z niego kawałki i podawał nam do skosztowania, nie zwiedliśmy się. Była to numer jeden wśród sumów dotychczas przez nas jedzonych. Biesiada upłynęła nam wesoło bo oprócz jadła, nas gospodarz nie szczędził także i napitków. Może następny poranek w dusznym namiocie przy budzącym palącym się słońcu nie był i najlepszy, ale dla tego pieczonego suma było warto!

Zobacz więcej zdjęć w galerii »

No Comments Yet.

Leave a comment