Azerbejdżan- Pan Fajaz

Pan Fajaz

Jak spotkać człowieka o złotym sercu i zobaczyć autentyczną radość z podejmowania gości? Trzeba albo złapać odpowiedni samochód na stopa jadąc do nadmorskiego Lenkeranu albo udać się do wsi Hyl i zapytać o rodzinę Fajaz. My nieświadomie wybraliśmy tę pierwszą opcje i tak zaczęła się nasza szczera przyjaźń z bohaterem tej opowieści. Zmęczeni po całodziennej podróży, zwiedzaniu i upale planowaliśmy dostać się na morze do miasta Lenkoran. Godziny były już popołudniowe a odległość to około 100km, więc należało się pośpieszyć by jeszcze przed zachodem słońca wykąpać się w Morzu Kaspijskim. Na stopa nie trzeba było długo czekać, minęła nas biały nowy SUV, zatrzymał się i wolno podjechał do miejsca gdzie staliśmy. Siedzący za kierownicą gładko ogolony i wesoły mężczyzna (w wieku około 40 lat) zaprosił nas do środku. Bardzo słabo mówił po rosyjsku (gorzej od nas, co nie jest żadną sztuką), ale jakoś zaczęliśmy się porozumiewać. Kiedy dowiedział się, że jesteśmy aż z Polski, nie mógł uwierzyć, że to własnie jemu Allach zesłał taką łaskę i będzie mógł nas gościć. Mało razy w życiu widziałem by ktoś tak naturalnie niemal po dziecięcemu cieszył się na jakąś okoliczność. Pierwsze co zrobił nasz kierowca to zatrzymał się w przydrożnym zajeździe. Wysiedliśmy z auta i zasiedliśmy za stołem, na którym od razu pojawiła się herbata. Pan Fajaz wprost epatował radością, wypytywał nas o wszystko i co chwilę wznosił wzrok do nieba dziękując Allahowi za to, ze mógł nas spotkać. Po kilkunastominutowych namowach podziękowaliśmy za jedzenie, gdyż nie byliśmy głodni. Nasz gospodarz wyrazie się zasępił i pomyślał, że może to przez to, ze nie mamy pieniędzy. Gdy doszedł do takiego wniosku, wyjął z kieszeni plik banknotów wielkości pieści i powiedział, że możemy brać ile chcemy (namawiał ans jeszcze do przyjęcia daru w postaci wielkiej reklamówki świeżo posiekanego mięsa baraniego znajdującego się w jego bagażniku). Po odmowie przyjęcia tak hojnego datku i wyjaśnienia naszych pobudek, Pan Fajaz powiedział, że nie ma mowy byśmy gdziekolwiek jechali tylko zostajemy u niego na noc. Co było zrobić, skapitulowaliśmy i udaliśmy się do samochodu. Po 30 minutach jazdy wjechaliśmy do wsi i przez wiejskie zakamarki wjechaliśmy przez bramę do domostwa. A było to siedziba nie lada, składała się z 3 domów, które przypominały kształtem małe szkoły, wielkiej wiaty dla samochodów, i wielkiego ogrodu po środku. Cała rodzina przyjęła nas z taka radością jak nasz gospodarz. Kobiety zaczęły się krzątać, posadzono nas przy wielkim stole. Okazało się, że w tych domach, jak i w okolicznych mieszka cała rodzina Fajazów. Na wieść o tym, że przyjechali goście z dalekich stron, do stołu powoli zaczęli schodzić się pozostali mężczyźni. Skład prezentował się następująco: nestor rodu, który był w wojsku na Ukrainie i znał dobrze rosyjski (mówił, że to nie ukraiński język lecz „chechlajski”, cokolwiek to oznaczało), dwóch braci naszego kierowcy (jeden był biznesmenem i sprowadzał cukierki..z Polski, zdziwiliśmy się gdy na stół przywędrowały do herbaty nasze polskie krówki), oraz nasz dobrodziej (który jak się okazało jest operatorem kamery i kręci wesela). Pojawiła się także młodzież przedszkolna tak wiec cała gromadka liczyła już koło 12 osób. Gawędząc wesoło doczekaliśmy się posiłku. Na stole pojawiły się pachnące szaszłyki oraz ryba z nadzieniem z orzechów- to na ciepło, oraz liczne owoce z przydomowego ogródka. Najedliśmy się do granic możliwości, więc z chęcią sączyliśmy tradycyjną ciepłą herbatę. Po odpoczynku, nasz gospodarz zabrał nas na przejażdżkę, gdyż miał do załatwienia kilka spraw dotyczących pracy w okolicy. Jeździliśmy od domostwa do domostwa do zmierzchu. Gdy wjeżdżaliśmy to „naszej wioski” cieszyliśmy się, że będziemy mogli się wykąpać i odpocząć. Nic bardziej mylnego, zamiast do naszej bramy skręciliśmy do bramy sąsiedniego domu i wjechaliśmy na podwórko. Naszym oczom ukazała się niespodziewany widok, w przydomowym sadzie ustawione były rzędem stoły uginające się od trunków i potraw. Przy stołach biesiadowało ze 40 osób, raźno śmiejąc się i tworząc niesamowity rejwach.

Usadowiono nas przy poznanym wcześniej nestorze rodu i wytłumaczono, ze dziś jedna z kobiet z rodziny obchodzi 50 urodziny. Poczuliśmy się zobowiązani i przy ogólnym aplauzie i wzruszeniu odśpiewaliśmy solenizantce polskie sto lat. Po udanym i docenionym oklaskami występie zasiedliśmy do stołu. Oprócz znanych nam wcześniej potraw, znaleźliśmy tam całą gamę, tych których jeszcze nie próbowaliśmy. Na szczególne nasze względy zasłużył pilaw z kurczakiem i rodzynkami (o ile nie lubimy słodkich potraw to ta była naprawdę dobra) oraz rożnego rodzaju pikle. Do potraw serwowana była wódka o temperaturze takiej jak otaczające nas powietrze, czyli prawie wrząca. Wodzirejem całej zabawy był nestor rodu, którego mieliśmy po lewej stronie (nie pił on z normalnego kieliszka lecz z kryształowego kieliszka do wina). Rozglądając się po obecnych można było zauważyć podział na płeć. Kobiety (oprócz Hani) siedziały po jednej stronie stołu, mężczyźni zaś po drugiej. Uroczystość dla kobiet zakończyła się szybciej i na „placu boju” zostali sami mężczyźni. Gdy rozchodziliśmy się do domów była już późna noc. Nestor rodu snuł opowieści i przekazywał nam prawdy, życiowe. Najważniejszy jest pokój, dobro i miłość. Z tymi pięknymi słowami w uszach udaliśmy się na spoczynek. Rano po zjedzeniu pysznej jajecznicy z pomidorami, nasz gospodarz zawiózł nas do Lenkeranu.

Zobacz więcej zdjęć w galerii »

No Comments Yet.

Leave a comment