Argentyna- gehenna dnia ostatniego

Nie tak miał wyglądać ostatni dzień pobytu w Argentynie, ale cóż życie rowerowych nomadów co chwilę przynosi zaskakujące zwroty sytuacji. Początek dnia zaczął się zgodnie z planem czyli od ostatniego spaceru po mieście i ostatnich zakupów. Żar lał się z nieba jak na początku naszej wyprawy a spacerując wspominaliśmy co nas w danym miejscu spotkało. Trudno nam było uwierzyć, że minęły już cztery miesiące podróży i opuszczamy Amerykę Południową. W tym zaułku pierwszy raz się zgubiliśmy, w mijanym parku z kolei popijaliśmy pierwsze argentyńskie piwo.. nagromadziło się tych wspomnień bez liku. Zatopieni we wspomnieniach postanowiliśmy ożywić także wspomnienia kulinarne i zjeść ostatnią wyborną argentyńską wołowinę. Stek z czerwonym winem, w kameralnej knajpce w dzielnicy tanga i cyganerii San Telmo, było kropką nad przysłowiowym „I” naszych kulinarnych wędrówek.

10475250_905306192834000_660593419425776951_n

Z łezką w oku wróciliśmy do hotelu (mieszkaliśmy w nim również podczas pierwszego pobytu w Buenos) by poczekać na taksówkę, która miała nas zawieść na lotnisko. Rowery już spakowane, można było pogrążyć się spokojnie w nostalgii.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Czekała nas długa podróż (ponad 40 godzin) poprzez olimpijskie miasto Atlanta w USA i japońskie Tokio, skorzystaliśmy z usług amerykańskiego przewoźnika DELTA. O wyborze drogi decydowały względy ekonomiczne, pomimo tego, że musieliśmy dopłacić za rowery po 150 dolarów, cena była bardzo atrakcyjna w porównaniu do konkurencji. Problemem było również samo zakupienie biletu z powodu bardzo restrykcyjnego finansowego prawa argentyńskiego, które dla europejczyków jest zwykłym naciągactwem (począwszy od kilku różnych kursów dolara , wyższych cen dla obcokrajowców, skończywszy na braku możliwości kupna biletu w walucie lokalnej) i ma mało wspólnego z logiką. Byliśmy bardzo szczęśliwi, ze udało się po długich poszukiwaniach i gimnastyce kupić bilet u polskiego pośrednika. Przylecieć do Argentyny jest bardzo łatwo i w miarę nie drogo, wylecieć zaś jest bardzo trudno. Ostanie chwile nostalgii na hotelowym dziedzińcu przerwało pojawienie się taksówkarza , szybko wpakowaliśmy do samochodu pudla ze złożonymi rowerami i ruszyliśmy na lotnisko. Lotnisko oddalone jest o około 30 kilometrów od centrum, ale droga minęła nam miło na pogawędce z kierowcą. Weszliśmy do terminalu w doskonałych humorach oraz z planami o Azji w wyobraźni, od wejścia do samolotu dzieliło nas tylko stanowisko gdzie mieliśmy oddać bagaż. Ta kilkumetrowa droga okazała się drogą, która zajęła nam ponad dwadzieścia cztery godziny tytanicznego trudu i wielu siwych włosów na głowie. Nasz misterny plan podróży miał jeden szkopuł, a mianowicie międzylądowanie w USA. Długa podróż rowerowa trochę oddaliła nas od rzeczywistości oraz spraw przyziemnych i byliśmy przekonani, że podczas transferu na lotnisku nie musimy posiadać wizy, rzeczywistość okazała się zgoła odmienna. Gdy zażądano od nas stosownego dokumentu , ugięły się pod nami kolana i dostaliśmy obuchem w głowę. Wszystkie plany legły w gruzach a rzeczywistość malowała się w najczarniejszych barwach. Dzięki obsłudze lotniska, która chciała nam za wszelką cenę pomóc zaistniała możliwość przeniesienia lotu na następny dzień za opłatą 400USD od osoby. Posuniecie to dawało choć cień możliwości, że wydostaniemy się z Argentyny, chodź sytuacja stawała się bardzo ciężka. W minorowych nastrojach pojechaliśmy taksówką na inne lotnisko w centrum miasta, miało przechowalnie bagażu oraz było blisko ambasady amerykańskiej. W jednej chwili z nieba zostaliśmy przez naszą głupotę strąceni w otchłań piekielną. Na lotnisku znaleźliśmy zaułek gdzie ulokowaliśmy kartony z rowerami i resztę bagażu i zaczęliśmy układać plan na następny dzień. Rzeczą absolutnie kluczową było zdobycie wizy do USA, co było bardzo mało realne w ciągu jednego dnia, postanowiliśmy jednak spróbować. Po słabo przespanej nocy na lotniskowej podłodze, zostawiliśmy rzeczy w bagażowni i udaliśmy się na spotkanie z losem. Pomimo wczesnej godziny porannej dzień zwiastował nieziemski upał. Zlani potem doszliśmy do murów placówki dyplomatycznej ujrzeliśmy długą jak wąż kolejkę petentów, zawiało tragedią. Gdy podeszliśmy do okienka i nakreśliliśmy nasze położenie, pracownicy ambasady zaczęli się naradzać oraz wykonali kilka telefonów. Powiedzieli nam, że jak najszybciej mamy złożyć podanie i wrócić do nich (podanie składało się w innej części konsulatu). Dostaliśmy listę rzeczy, którą mieliśmy zrobić krok po kroku, informacja była bardzo fachowa i rzetelna, bez żadnych niedomówień., Poczuliśmy, że jesteśmy w dobrych rękach. Wniosek wizowy należy wypełnić elektronicznie, w taki sam też sposób należy za wizę zapłacić (160 USD). W konsulacie powiedziano nam, ze naprzeciwko jest kafejka internetowa i tam możemy to zrobić. Wypełnianie długiego wniosku zajęło nam 30 minut. Gdy przynieśliśmy wiosek oraz dowód zapłaty, pobrano nam odciski palców i zrobiono zdjęcia. Jeszcze raz podkreślam doskonałą organizację oraz chęć pomocy, gdziekolwiek się nie udawaliśmy pracownicy wiedzieli już o naszej sytuacji od innych pracowników i oferowali maksimum pomocy. Wszystko szło jak po sznurku gdy wróciliśmy znowu przed mury ambasady. Nie mogliśmy wejść z plecakami, ale spytaliśmy siedzących w radiowozie policjantów czy możemy zostawić bagaż, można było na nich liczyć! Bez żadnych zbędnych pytań umieścili plecaki w swoim samochodzie i powiedzieli, ze do 13:30 będą tu na patrolu, życzyli też nam powodzenia. Został nam ostatni krok czyli wywiad z pracownikiem ambasady. W szeregu okienek trafiliśmy na człowieka o miłej aparycji, który również się przejął nasza historią. Nasza sytuacja była nie do pozazdroszczenia, bez wizy tracimy bilet a koszty następnego były by znacznie większe, przy okazji nie było sposobu by go kupić bez pomocy kogoś z Argentyny. Pracownik ambasady powiedział, że zobaczy co da się zrobić i żebyśmy poczekali do czasu jak skończy obsługiwać petentów. Siedzieliśmy jak na szpilkach, gdy poprosił nas do okienka. Od tego co powie ważyły się losy naszej wyprawy. Gdy podeszliśmy miał w rękach nasze paszporty, uśmiechnięty powiedział: „Have a nice trip” oddał nam paszporty z wizą i podniósł kciuk ku górze. Cud, który nie miał prawa się zdarzyć, wydążył się. Wizę, na którą czeka się kilka tygodni otrzymaliśmy w ciągu 6 godzin. Musieliśmy zrobić swą historią duże wrażenie bo zamiast wizy tranzytowej o którą się ubiegaliśmy otrzymaliśmy wizę turystyczną do końca roku. Byliśmy pod wrażeniem uczynności i organizacji pracy amerykańskiej placówki dyplomatycznej. Wróciliśmy na lotnisko po bagażu i po załadowaniu bagaży ruszyliśmy na nasze lotnisko. Podróż taksówką oraz przechowalnia bagażu była bardzo droga, ale każdy chciał skorzystać z oskubania turystów, przymknęliśmy na to oko, chcieliśmy być już jak najdalej stąd. Na lotnisku pracownicy, którzy próbowali nam pomóc wczoraj oniemieli z wrażenia jak pokazaliśmy im świeżutkie wizy, Polak potrafi! Zostało tylko zapłacenie za nowe bilety i bagaż i tu kolejny raz znaleźliśmy się w piekle, bank zatrzymał realizację zapłaty a innej karty nie mieliśmy. Cóż za chichot losu, po otrzymaniu wizy mieliśmy zostać, bo fizycznie nie mogliśmy zapłacić za bilet. Nastąpiła grobowa cisza, łzy cisnęły nam się do oczu, patrzyliśmy na pracowników lotniska a oni na nas. Nie było żadnego pola manewru. Nie mieliśmy dolarów by zapłacić za bilet, karta kredytowa „zatrzymała” nasze środki, nie mogliśmy zapłacić w peso, bo Argentyna nakłada limity na wypłaty z bankomatu. Sytuacja była patowa, zostajemy i tak na dobra sprawę nie wiemy co dalej. Zrezygnowani ruszyliśmy do naszych bagaży, ale manager zespołu zatrzymał nas. Zaczęła się gorączkowa narada pracowników co zrobić. Ponad siedem osób prześcigało się w pomysłach jak nam pomóc. Pierwsze co to chcieliśmy zamienić peso na dolary ale to niemożliwe. Jeżeli nie posiada się potwierdzenia wymiany z kantoru wymiana dolarów na peso, które wymienialiśmy 3 miesiące wcześniej, argentyńskie prawo znów dało o sobie znać. Argentyńscy pracownicy lotniska powiedzieli, że mamy się nie przejmować, bo znajdą wyjście. Po ponad godzinnej naradzie ustalono, ze zapłacimy tylko za jeden rower (tyle mieliśmy gotówki), za drugi zapłacimy w Tokio a resztę (ponad 700 dolarów) zostaje nam anulowane. Oddaliśmy bagaże i otrzymaliśmy bilety, to już koniec naszej gehenny. Oczy nasze były pełne łez wzruszenia, obcy ludzie pomogli nam w kryzysowej sytuacji, aż nie chcemy myśleć że sami mogli narazić się na jakieś nieprzyjemności z utratą pracy włącznie. Rzuciliśmy się sobie w ramiona my szczęśliwi, ze się udało a oni, że mogli pomóc. Bez nich nie wiem co by dalej z nami było. Zrewanżowaliśmy się jak mogliśmy kupując wielką reklamówkę słodkości, chodź wiemy, że było to małe podziękowanie za ogrom trudu jaki włożyli by wysłać nas w podróż lotnicza. Długo machaliśmy sobie nawzajem przy wsiadaniu do samolotu, ostanie chwile w Argentynie, tych wspaniałych ludzi nigdy nie zapominimy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Brak komentarzy.

Napisz komentarz